Wybiegłem z mieszkania. Dobrze, że nie ubrałem się za ciepło, bo na zewnątrz było trzydzieści stopni, w dodatku stromych i krzywych. Zarząd wspólnoty mieszkaniowej ciągle obiecuje, że je poprawi, co oczywiście nigdy nie nastąpi. Niestety jestem jedynym lokatorem, który zdaje sobie sprawę że coś takiego jak „zarząd wspólnoty mieszkaniowej” w ogóle nie istnieje, nigdy, nigdzie. To tylko wymysł władzy pozwalający kontrolować obywateli – przecież jakby premier wydał obwieszczenie, że śmieci należy segregować, a na trawniku nie wolno grać w piłkę, to każdy by się tylko w głowę popukał. A jak to obwieszcza „zarząd wspólnoty”, to każdy ma poczucie że jest jakaś wspólnota, do której on jako lokator należy, więc to tak jakby on sam był autorem tych zaleceń – no to się podporządkowuje, to przecież co innego, niż dać sobą kierować jakiemuś dupkowi gdzieś na wysokim stołku. I to działa.
Biegnę. Mijam dzieci urządzające sobie zawody łyżwiarskie. W środku lata. Ślizgają się na psim gównie na chodnikach. Inne tarzają się w górach ulotek, jakby to były zgrabione z podwórka liście. Czasem któreś przez nieuwagę wturla się na tor „łyżwiarski” i potem nikt się nie chce z nim bawić. Życie stolicy rozkwita, na ławce jakiś dres uczy dwumiesięcznego syna przeklinać. Pierwszym słowem, które ten dzieciak powie, na pewno nie będzie mama. Choć, jakby to głębiej rozważyć, być może w pewnym sensie będzie.
Wbiegłszy na Plac Zbawiciela, niezamierzenie dołączyłem do startujących spod tęczy uczestników biegu na orientację seksualną. Była to całkiem udana gra miejska (gra wstępna odbyła się na przedmieściach). Organizatorzy słusznie uznali, że skoro obecnie każdy może sobie wybrać jakiej chce być płci, należy obywateli zapoznać z szerokim wachlarzem możliwości, rozwijając w nich jednocześnie sportowego ducha ucieczki przed marszem narodowców. Narodowcy jednak okazali się cwani i zamiast urządzać marsz rozstawili snajperów na wieżach kościołów. Na szczęście niewielu uczestników biegu ucierpiało, ponieważ strzelcy za każdym razem celowali za mocno w prawo i nijak nie potrafili tego skorygować.
Zacząłem się męczyć. Uznałem, że konwencjonalny sposób przemieszczania się jest bez sensu, przecież jestem całkiem zmyślony. Wskoczyłem w refren piosenki lecącej z radia w mijanej właśnie knajpie i uniosłem się wraz z nim ponad dachy budynków. Niestety był to kawałek zespołu feel, więc nagle było już ciemno, ale wszystko jedno, a ja poczułem się swobodnie i byłem przy nim, nie cholera, nie! Szybko przeskoczyłem w dźwięki cienkiego techno płynące z okna na czwartym piętrze. Przetelepało mnie jak na rolkach po kostce bauma, ale udało mi się przebyć całkiem spory kawałek. Spokojnie spłynąłem na ziemię przy dźwiękach „Spadam” Comy, tuż koło postoju taksówek. Skinąłem głową do taksówkarza puszczającego Comę, ale był w śpiączce. Wsiadłem więc do drugiej taksówki i krzyknąłem „Za tym szafrokiem!”.
Taksówkarz ruszył. Po chwili wrzucił dwójkę. Ponieważ automat nie wydawał reszty, oddałem temu miłemu człowiekowi pięćdziesiąt groszy i upiłem łyk zimnej coli z puszki. Ten sprytny ciąg skojarzeń pozwolił nam przenieść się o pięć przecznic – do najbliższego automatu z napojami – w zaledwie trzydzieści sekund.
Szlafrok był jednak nadal daleko przede mną. Podjąłem bieg, zastanawiając się jakich jeszcze sztuczek mogę użyć, aby zmniejszyć dystans. Przyspieszyłem, skoczyłem w górę, odbiłem się czkawką pijakowi szczającemu pod murkiem i siłą tego odbicia poszybowałem w okno na drugim piętrze. Lądując zrobiłem przewrót (przez bark), następnie zamach (stanu) i siłą tego zamachu, w stanie wskazującym Nowy Meksyk, prześlizgując się po tytułach książek w domowych biblioteczkach wyskoczyłem z okna pokoju na poddaszu tuż za płynącym w powietrzu szlafrokiem. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem pasek od szlafroka. Niestety wysunął się ze szlufek i teraz spadałem wraz z nim, mając przed sobą oddalające się magiczne ptaszki z moim szlafrokiem, pod sobą zaś Warszawę. Wylądowałem miękko na snujących się nad ziemią marzeniach i nadziejach słoików, otrzepałem się z marazmu i oczekiwań rodziców i ruszyłem w pościg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz