czwartek, 19 czerwca 2014

Życie jest jak bieg, tylko że na mecie nie dostajesz medalu.

Wybiegłem z mieszkania. Dobrze, że nie ubrałem się za ciepło, bo na zewnątrz było trzydzieści stopni, w dodatku stromych i krzywych. Zarząd wspólnoty mieszkaniowej ciągle obiecuje, że je poprawi, co oczywiście nigdy nie nastąpi. Niestety jestem jedynym lokatorem, który zdaje sobie sprawę że coś takiego jak „zarząd wspólnoty mieszkaniowej” w ogóle nie istnieje, nigdy, nigdzie. To tylko wymysł władzy pozwalający kontrolować obywateli – przecież jakby premier wydał obwieszczenie, że śmieci należy segregować, a na trawniku nie wolno grać w piłkę, to każdy by się tylko w głowę popukał. A jak to obwieszcza „zarząd wspólnoty”, to każdy ma poczucie że jest jakaś wspólnota, do której on jako lokator należy, więc to tak jakby on sam był autorem tych zaleceń – no to się podporządkowuje, to przecież co innego, niż dać sobą kierować jakiemuś dupkowi gdzieś na wysokim stołku. I to działa.

Biegnę. Mijam dzieci urządzające sobie zawody łyżwiarskie. W środku lata. Ślizgają się na psim gównie na chodnikach. Inne tarzają się w górach ulotek, jakby to były zgrabione z podwórka liście. Czasem któreś przez nieuwagę wturla się na tor „łyżwiarski” i potem nikt się nie chce z nim bawić. Życie stolicy rozkwita, na ławce jakiś dres uczy dwumiesięcznego syna przeklinać. Pierwszym słowem, które ten dzieciak powie, na pewno nie będzie mama. Choć, jakby to głębiej rozważyć, być może w pewnym sensie będzie.

Wbiegłszy na Plac Zbawiciela, niezamierzenie dołączyłem do startujących spod tęczy uczestników biegu na orientację seksualną. Była to całkiem udana gra miejska (gra wstępna odbyła się na przedmieściach). Organizatorzy słusznie uznali, że skoro obecnie każdy może sobie wybrać jakiej chce być płci, należy obywateli zapoznać z szerokim wachlarzem możliwości, rozwijając w nich jednocześnie sportowego ducha ucieczki przed marszem narodowców. Narodowcy jednak okazali się cwani i zamiast urządzać marsz rozstawili snajperów na wieżach kościołów. Na szczęście niewielu uczestników biegu ucierpiało, ponieważ strzelcy za każdym razem celowali za mocno w prawo i nijak nie potrafili tego skorygować.

Zacząłem się męczyć. Uznałem, że konwencjonalny sposób przemieszczania się jest bez sensu, przecież jestem całkiem zmyślony. Wskoczyłem w refren piosenki lecącej z radia w mijanej właśnie knajpie i uniosłem się wraz z nim ponad dachy budynków. Niestety był to kawałek zespołu feel, więc nagle było już ciemno, ale wszystko jedno, a ja poczułem się swobodnie i byłem przy nim, nie cholera, nie! Szybko przeskoczyłem w dźwięki cienkiego techno płynące z okna na czwartym piętrze. Przetelepało mnie jak na rolkach po kostce bauma, ale udało mi się przebyć całkiem spory kawałek. Spokojnie spłynąłem na ziemię przy dźwiękach „Spadam” Comy,  tuż koło postoju taksówek. Skinąłem głową do taksówkarza puszczającego Comę, ale był w śpiączce. Wsiadłem więc do drugiej taksówki i krzyknąłem „Za tym szafrokiem!”.

Taksówkarz ruszył. Po chwili wrzucił dwójkę. Ponieważ automat nie wydawał reszty,  oddałem temu miłemu człowiekowi pięćdziesiąt groszy i upiłem łyk zimnej coli z puszki. Ten sprytny ciąg skojarzeń pozwolił nam przenieść się o pięć przecznic – do najbliższego automatu z napojami – w zaledwie trzydzieści sekund.

Szlafrok był jednak nadal daleko przede mną. Podjąłem bieg, zastanawiając się jakich jeszcze sztuczek mogę użyć, aby zmniejszyć dystans. Przyspieszyłem, skoczyłem w górę, odbiłem się czkawką pijakowi szczającemu pod murkiem i siłą tego odbicia poszybowałem w okno na drugim piętrze. Lądując zrobiłem przewrót (przez bark), następnie zamach (stanu) i siłą tego zamachu, w stanie wskazującym Nowy Meksyk, prześlizgując się po tytułach książek w domowych biblioteczkach wyskoczyłem z okna pokoju na poddaszu tuż za płynącym w powietrzu szlafrokiem. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem pasek od szlafroka. Niestety wysunął się ze szlufek i teraz spadałem wraz z nim, mając przed sobą oddalające się magiczne ptaszki z moim szlafrokiem, pod sobą zaś Warszawę. Wylądowałem miękko na snujących się nad ziemią marzeniach i nadziejach słoików, otrzepałem się z marazmu i oczekiwań rodziców i ruszyłem w pościg.

niedziela, 8 czerwca 2014

Wybierz ckliwy cytat a'la Coelho i wyobraź go sobie w tym miejscu. Powinien zawierać słowo "tymczasem".

Obudziło mnie, oczywiście, wściekłe ujadanie otyłego psa. Zwlokłem się z wyrka, podniosłem się z podłogi... znów podniosłem się z podłogi i chwiejnym krokiem wszedłem do kuchni. Pstryknąłem czajnik, popatrzyłem tępo na lodówkę i – uznając że jeszcze nie czas na jedzenie – zapaliłem papierosa.

Miałem dziś coś zrobić, chyba – w każdym razie taka myśl obijała się o ściany mojej pustej czaszki. Ale co właściwie? I dlaczego dzisiaj? Nakarmiłem kota i zająłem się celebracją chwili. Tego momentu, kiedy obserwując toczącą się w twojej głowie walkę kaca ze zmęczeniem, zdajesz sobie sprawę, że nic tego dnia nie zrobisz.

Kawa! Właściwie to trochę placebo, ale działa. Mogłoby tam nie być kofeiny, mogłaby nawet być pełna środków nasennych – ale dopóki wygląda i smakuje jak kawa będzie moją codzienną przepustką do świata żywych. To dlatego, że jako postać fikcyjna piję fikcyjną kawę – wraz z każdym łykiem napoju mój organizm wypełnia mit, platońska idea kawy, czysta energia. Trzysta procent mocy, full mana, ready for the mission... może coś dziś się jednak uda zrobić.

Damska bielizna. Kolejny łyk kawy pomógł mi ostatecznie skupić wzrok i myśli. Zacząłem układać plan dnia, listę rzeczy do zro... zaraz... damska bielizna?

Z oparcia krzesła zwisały swobodnie czerwone koronkowe majtki. Odmaszerowałem do sypialni. W łóżku nie zarejestrowałem śladów życia większych niż roztocza. Może jest w łazience? Nie. Wyszła bez majtek... i bez pożegnania? Sprawdziłem drzwi wejściowe, zamknięte od środka. Cholera. Już miałem nadzieję, że wczoraj w klubie kogoś poznałem. A to znowu tylko sen.

Wiecie, jestem postacią fikcyjną, więc osnowa rzeczywistości wokół mnie jest godna zaufania jak parówka z Biedronki. Jeśli przez dłuższy czas nie spotykam się z żadną kobietą zaczynam śnić o seksie, a przez te sny w moim mieszkaniu materializuje się damska bielizna. Zwykle dość gustowna, zawsze nieświeża. Niestety właścicielki bielizny pozostają w sferze marzeń sennych.

Spróbowałem przypomnieć sobie sen. Nic z tego. Westchnąłem, zgarnąłem majtki z krzesła i poczłapałem do łazienki. Sytuacja ma pewien plus – wrzucone do pralki elementy damskiej garderoby dematerializują się, jakby zostały pożarte – a w zamian pralka oddaje skarpetki – i to nie tylko te, które skradła mi wcześniej.

Wchodząc do łazienki zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Czegoś brakowało... gdzie jest mój szlafrok?! Nigdy nie zostawiałem go w innym miejscu niż na haku na drzwiach, a teraz go tu nie ma. Mój puchaty niebieski szlafrok zniknął!

Dobra, spokojnie. Wykluczmy niemożliwe, zobaczmy co zostanie... w domu nie czai się ninja-zabójca ubrany w mój szlafrok - kot by go wyczuł. Ostatnio ten szlafrok prałem, więc mało prawdopodobne że sam wyszedł. Być może skonfiskowało go CIA na okoliczność odkrycia tajnych informacji zapisanych we włóknach... ale jak go ostatnio czytałem to zawierał tylko drugą, nieopublikowaną część apokalipsy świętego Jana. Hmm... Cóż, pozostaje jedna możliwość. Skradły go magiczne ptaszki z równoległej rzeczywistości.

Pobiegłem do przedpokoju. No tak, okno otwarte, na wystającym z framugi gwoździu zaczepił się niebieski strzęp. Za oknem, na tle fabrycznego smogu mój szlafrok ulatywał beztrosko w stronę wschodzącego słońca, niesiony przez cztery małe, kolorowe ptaszki.

Wskoczyłem w spodnie, żeby nie biec przez miasto w samych bokserkach i pognałem za nimi...
(O tym co było dalej – już niedługo.)