niedziela, 6 lipca 2014

Do grzech razy sztuka (albo inny tytuł, wymyślcie sobie)

Dotarłem na przedmieścia. Na niebie, którego nie przesłaniały tu wielopiętrowe wieżowce, dokładnie widziałem mój cel – mój puchaty niebieski szlafrok uprowadzony przez magiczne ptaszki z równoległej rzeczywistości. Niestety, wraz z wieżowcami zniknęły też szerokie i proste miejskie arterie – wbiegłem w osiedle domków jednorodzinnych, pocięte wąskimi i krótkimi, pociągniętymi pod absolutnie losowym kątem uliczkami o nazwach w stylu „Ulica Pieczarkowa”, „ulica Listopadowa”, „Zeszłej Środy”, „Podwieczorku”...
No i się zgubiłem. Biegłem akurat ulicą Kiszonoogórkową i powinienem skręcić w lewo. Niestety w lewo odchodziły kolejno: Mleczna, Jogurtowa i Kefirowa, a brązowe plamy na skrzyżowaniach budziły moje obawy – problemy żołądkowe mogły zniweczyć cały pościg. Skręciłem w końcu bezpiecznie w Kiszonokapuścianą, minąłem Zaułek Zgagi i wypadłem na szeroką Aleję Poobiedniej Drzemki. Niestety w międzyczasie spuściłem na chwilę z oczu mój szlafrok, a kiedy wreszcie dostrzegłem go na tle chmur, był już bardzo daleko.

I wtedy dotarło do mnie, że, nie licząc wstępu, przeżywam właśnie trzeci odcinek moich przygód. No i wszystko jasne. Wiecie, znam się na opowiadaniu historii – zawsze musi nadejść ten moment. Dokładnie tak samo jest na wyjeździe w góry...
Pierwszy dzień to entuzjazm podlany niepewnością – czy pogoda dopisze, czy spakowałeś wszystko czego możesz potrzebować, czy poznasz jakichś ciekawych ludzi. Drugi dzień to ekscytacja, pogoń za przygodą, poczucie, że dokładnie tego ci było trzeba – dając się ponieść euforii wykańczasz swój organizm całodniową wycieczką na najwyższą możliwą górę, a wieczorem upijasz się w gronie nowych znajomych... I nadchodzi dzień trzeci. Kac, zmęczenie, ból mięśni. To właśnie tego dnia, kiedy już postanowisz wstać z łóżka, orientujesz się, że nie wziąłeś z domu ładowarki do telefonu, zapomniałeś przed wyjazdem odpisać na ważnego maila, a kiedy postanowisz wziąć prysznic – że w schronisku skończyła się ciepła woda. Papierosy też ci się skończyły – a przecież przyjechałeś w piątek, więc akurat jest niedziela, najbliższy otwarty sklep jest jutro.

Kryzys. Trzeci dzień wyjazdu, trzeci odcinek historii, trzech synów matka miała, trzy razy się mnie wyprzesz... wiecie, nic dobrego. Ledwie to do mnie dotarło, poczułem z całą mocą beznadzieję mojej sytuacji. Usiałem na krawężniku, ukryłem twarz w dłoniach. To bez sensu. Mogę tak biec w nieskończoność i nic z tego nie wynika. Co robić, co robić? A może zrezygnować? Przecież nie mam szans, nie dogonię ich. Wrócę do domu, kupię nowy szlafrok, może nawet bardziej niebieski i puchaty... Nie,  przecież nie mogę mu tego zrobić. Komukolwiek, ale nie mojemu szlafrokowi. Nie temu jedynemu przyjacielowi, który był przy mnie, gdy w mroźny styczniowy poranek w całym bloku jebło ogrzewanie, a ja akurat wychodziłem z wanny. Nie, jego muszę ratować. Wiem, że on zrobiłby to dla mnie. Ale jak mam mu pomóc? Spadałem coraz głębiej w czarną otchłań rozpaczy...

Otrzeźwił mnie widok dna. Znaczy, tej otchłani. Otchłań rozpaczy, jak każda otchłań, ma dno. Nie słuchajcie motywacyjnych szarlatanów, którzy wam mówią, że czasem trzeba upaść na samo dno, żeby się odbić. Na to dno, najeżone długimi rdzawymi kolcami, można się najwyżej nabić. Nikt, kto go dosięgnie, nie uniesie się z powrotem w stronę powierzchni. A ja zmierzałem wprost na kolce.
Lecąc minąłem jakiegoś nastolatka, który wspinał się w górę po nierównej skalnej ścianie. Pewnie rzuciła go dziewczyna, dziewczyny zwykle nie rzucają zbyt mocno, więc rzucony leci powoli i zazwyczaj ma możliwość chwycić jakiś korzeń, czy skalny wypustek – i rozpocząć powrót na powierzchnię. Na nieco szerszej skalnej półce siedziało dwóch facetów. Jednego żona wyrzuciła z domu za pijaństwo, na szczęście mieszkał na parterze. Drugi wyleciał z pracy. Pracował na dwunastym piętrze i zdążył się już zdrowo rozpędzić, gdy na dokładkę żona wyrzuciła go z domu. To było jak odpalenie hipernapędu. Na całe szczęście ten pierwszy, pijak, złapawszy się uprzednio korzenia zdołał chwycić go, lecącego w dół niczym pocisk, za nogawkę - więc jedyną szkodą jakiej doznał było solidne wyrżnięcie w ścianę. Siedzieli teraz i zbierali siły do powrotu na górę.
Co jakiś czas mijałem szybujące w powietrzu ulotki i wizytówki różnorakich poradni, psychologów, ludzi, którzy bardzo chcieli pomóc innym wyjść z otchłani. Trudno się wspiąć na ulotce, toteż co bardziej rozgarnięci po prostu zrzucali liny. Niestety byłem zbyt daleko od ściany, żeby móc którąś z nich chwycić. Nad samym dnem, w małej jaskini wydrążonej w ścianie, siedziała grupka emo. Wyglądali jak kuzyni golluma, przygarbieni, poskręcani; co jakiś czas któryś z nich wyciągał rękę w stronę straszliwych kolców i nakłuwał sobie palec, po czym wracał do swojego kąta.
Byłem już blisko. Za chwilę rozerwą mnie na strzępy kolce na dnie otchłani rozpaczy. To tutaj, to koniec, nie będzie więcej przygód, nie będzie więcej słów, nie będzie więcej śniadań, nie będzie pryszniców, aktualizacji systemu, zawalonych deadline'ów, uśmiechów w kawiarni, spacerów nad Wisłą, piw, wódek i win, które zostaną mi odpuszczone jeśli tylko wyznam żal... Nigdy nie wierzyłem w żadnego boga, ale co mi tam, zawsze to jakaś szansa kiedy nie pozostaje już nic innego. Dowolny boże - jeśli istniejesz, wybacz mi to, co uważasz za niestosowne, spośród rzeczy, które w życiu zrobiłem i przyjmij mnie do swojego królestwa, albo chociaż do przedpokoju. To chyba tyle, jestem gotów. Zacisnąłem zęby. Zacisnąłem pięści.

I poczułem w dłoni puszysty materiał.
Przez cały ten czas ściskałem w ręku pasek od mojego szlafroka, który zdołałem złapać pod koniec poprzedniego odcinka. Zapomniałem o nim zupełnie, biegając po osiedlowych uliczkach – a teraz mógł mi uratować życie. Zrobiłem pętlę na jednym końcu i zarzuciłem ją na występ skalny. Udało się. Szarpnęło mną i uderzyłem o ścianę otchłani wisząc na pasku. Zacząłem się wspinać. Już prawie dosięgałem ręką krawędzi skalnej półki, gdy kamień, na którym zahaczyłem pasek, wyrwał się ze ściany i poleciał w dół. Czyli jednak koniec.
Kolejne silne szarpnięcie i uderzenie o ścianę. Spojrzenie w górę. Jakaś dłoń trzymająca drugi koniec paska. Jakiś głos.
- no szybciej, długo cię nie utrzymam.
Wlazłem po linie i wciągnąłem się na skalną półkę. Moim oczom ukazały się buty. Podniosłem wzrok. Powyżej była cała reszta całkiem zgrabnej dziewczyny.
- Co tu robisz? Nie wyglądasz na zrozpaczonego... - spojrzała na trzymany w ręku pasek od szlafroka – chyba nie próbowałeś się na tym powiesić?!
Zrobiło mi się strasznie głupio. Ludzie trafiali tutaj z naprawdę poważnych powodów, z impetem opuszczając orbitę normalnego życia. Spadali, kiedy już nic nie trzymało ich na powierzchni, tymczasem ja...
- Trafiłem tu przypadkiem. Wlazłem w kryzys dnia trzeciego, nie wiedziałem jak wyjść, no i zacząłem spadać – odparłem, wstając i otrzepując spodnie.
W myślach przeklinałem własną głupotę, bierność. Przecież, kiedy już się zorientowałem, że spadam, mogłem się czegoś złapać, mogłem wyhamować. Zamiast tego leciałem, jak zwykle uznając, że jakoś to będzie, że zobaczymy co dalej. W związku z tym kiedy ujrzałem dno byłem już porządnie rozpędzony.
Przyjrzałem się mojej ratowniczce. Czarne, kręcone włosy, blada cera, mocno zarysowane kości policzkowe, zmęczone oczy...
- A ty? Co tu robisz? - rzuciłem.
- Żyję.
- …?
- Wpadłam kiedyś, udało mi się uniknąć spotkania z dnem, ale nie mogę wyjść.
- Ale jak to? Dlaczego?
- Myślisz, że wiem? Siedzę tu od lat. Mam linę, mam nawet hak, mam buty do wspinaczki, mam masę pomocnych rzeczy, które dostałam od życzliwych ludzi, tych lecących w dół i tych pnących się w górę. Tych, którzy wiedzieli, że nie będą już nic potrzebować i tych, którzy stwierdzili że potrafią poradzić sobie z wspinaczką bez sprzętu. Tylko co z tego, że to mam, skoro ilekroć próbowałam – nie mogłam wyjść? Wiesz, wspinałam się do pewnego momentu, planowałam następny krok, wiedziałam gdzie, na który korzeń czy kawałek skały zarzucę linę, a kiedy patrzyłam tam znów – tego miejsca nie było. Była gładka ściana.
- Och...
- Przyzwyczaiłam się. Znaczy... no bo co innego miałam zrobić? Ci na powierzchni twierdzą że to jakieś zaburzenia i wrzucają czasem w otchłań tabletki, które podobno mogą mi pomóc. Nie wiem, żadnej nie udało mi się złapać.
Słuchając dziewczyny przypatrywałem się ścianom otchłani rozpaczy. Doskonale widziałem moją drogę na górę, kolejne skalne zagłębienia i wypustki, na których będę mógł oprzeć ręce i nogi. Nie wyglądało to łatwo, ale było wykonalne. Dlaczego więc ona nie może... Znów skarciłem się w myślach za głupotę. Przecież ściany otchłani rozpaczy mogą dla każdego wyglądać inaczej. Ja spadałem z błahego powodu, właściwie przypadkiem. Nic dziwnego, że nie widzę problemu z wyjściem. Jej sytuacja jest znacznie trudniejsza.
Popatrzyłem w górę. Na całej ścianie pełno było skalnych półek i jaskiń. Jeśli ich mieszkańcy również potrzebowali zrzucanych tu z góry tabletek, to nic dziwnego, że żadna nie dotarła tutaj.
Ale może uda mi się to zmienić.
- Mogę pożyczyć od Ciebie linę? Mój pasek od szlafroka może okazać się zbyt krótki.
- Weź ją sobie, mi się nie przyda.
- Poczekaj.
Zaopatrzony w linę wspiąłem się do najbliższej zamieszkanej wnęki. Potrzebowałem liny, bo nie wiedziałem, czy uda mi się zejść tą samą drogą. Nie chodzi nawet o trudność wspinaczki. Te miejsca, w których stawiałem stopy, te kamienie, które chwytałem, mogły, kiedy już wspiąłem się ponad nie – po prostu zniknąć. Kiedy tylko postawiłem stopy na płaskiej podłodze jaskini, wiedziałem że dobrze trafiłem. Mieszkający tam mężczyzna zapamiętale tłukł kilofem w skałę, co jakiś czas sięgając  do sporej skrzynki po garść różnokolorowych tabletek. Widząc mnie przerwał robotę.
- Nie spodziewałem się gości... Dzień dobry!
- Dobry. Co tu robisz z tym kilofem?
- Wykuwam schody. Bo widzisz, ja mam tabletki, ja dzięki nim już całkiem umiem stąd wyjść, ale co z innymi? Ja postanowiłem pomóc innym. Dlatego żeby nie musieli szukać drogi i mozolnie się wspinać ja postanowiłem wykuć w ścianie schody. Dzięki mnie każdy będzie mógł się wydostać z otchłani rozpaczy.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie mogłem przecież uświadomić mu, że wykuwa te schody na darmo, że poza nim nikt ich nie zobaczy. Zrozumiałem, że wcale nie umiał stąd wyjść, że tylko powtarzał to sobie, a za budowanie schodów zabrał się, żeby usprawiedliwić niepodejmowanie kolejnych prób wydostania się na powierzchnię. Ale skoro tak – może nie potrzebuje tych wszystkich tabletek? Zgromadził ich przecież całkiem dużo. I może chcieć mi pomóc.
- Mogę Cię o coś prosić? Potrzebuję pomocy...
- Pomocy? Jasne, ja mogę ci pomóc. Powiedz jak.

Chwilę później zjeżdżałem na linie w stronę mieszania dziewczyny. Od wykuwacza schodów dostałem nie tylko zapas tabletek, ale i porządny skórzany płaszcz z dużymi kieszeniami (bo, jak zapewne pamiętacie, z mieszkania wybiegłem jedynie w spodniach – a kieszenie jeansów nie są zbyt pojemne). Zostawiłem jej tabletki, wiedząc, że dzięki nim za jakiś czas sama będzie w stanie dostać się do wnęki wykuwacza. A stamtąd dalej, wyżej - na powierzchnię. Poradzi sobie. A ja musiałem już ruszać.
Wspinaczka nie była łatwa. Linę zostawiłem dziewczynie, ale nadal miałem swój pasek od szlafroka. Zarzucając go na kolejne skały piąłem się w górę, aż do krawędzi otchłani. Wygramoliłem się na asfalt i znów siedziałem na krawężniku, w Alei Poobiedniej Drzemki na osiedlu Partyzantów z Wyciętego Lasu. Ale teraz wiedziałem co robić. Miałem w rękach magiczny artefakt.
Potrzebowałem jeszcze tylko motywu. Tak jest - kiedy stworzysz dzieło potrzebujesz inspiracji, bo zawsze jakiś kretyn zaczyna zadawać pytania. Kiedy popełnisz zbrodnię z tego samego powodu potrzebujesz motywu. W moim przypadku nie było zbrodni, więc motyw mógł być literacki. Spojrzałem w niebo. Nad osiedlem przelatywał akurat, gęgając cicho, klucz bezzałogowych amerykańskich dronów. Związałem pasek od szlafroka w lasso i zarzuciłem. Pasek rozciągnął się jakby był z gumy i schwytał drony. Wskoczyłem na nie i, sterując za pomocą zrobionej z paska uprzęży, pożeglowałem po niebie – w ślad za moim szlafrokiem porwanym przez magiczne ptaszki.

Wylecieliśmy z terenów zamieszkanych, lecieliśmy nad polami. Dzięki szybkim dronom zbliżyłem się znacznie do porywaczy. Właściwie mógłbym ich doścignąć i odebrać moją własność. Tyle że nie chciałem. Zdałem sobie sprawę że jestem szalenie ciekaw, do czego magicznym ptaszkom potrzebny jest szlafrok. Leciałem więc za nimi, nie zmniejszając dystansu. Pola pod nami zmieniły się w łąki, przed nami pojawił się las, ptaszki zniżyły lot, kierując się ku ścianie drzew - ciągnąc za uprząż skierowałem drony w tą samą stronę. Ptaszki leciały tu nad ziemią, wyglądało na to, że zamierzają wlecieć między drzewa. Leciałem za nimi. Ptaszki, wraz z moim szlafrokiem, zniknęły.

No tak, tu musi być portal do równoległego świata. Odwiązałem uprząż i zeskoczyłem z dronów, które natychmiast odleciały w swoją stronę. Boso, w samych jeansach i skórzanym płaszczu, z przerzuconym przez ramię paskiem od szlafroka, ruszyłem na spotkanie zupełnie innej rzeczywistości. Przekroczyłem portal...

czwartek, 19 czerwca 2014

Życie jest jak bieg, tylko że na mecie nie dostajesz medalu.

Wybiegłem z mieszkania. Dobrze, że nie ubrałem się za ciepło, bo na zewnątrz było trzydzieści stopni, w dodatku stromych i krzywych. Zarząd wspólnoty mieszkaniowej ciągle obiecuje, że je poprawi, co oczywiście nigdy nie nastąpi. Niestety jestem jedynym lokatorem, który zdaje sobie sprawę że coś takiego jak „zarząd wspólnoty mieszkaniowej” w ogóle nie istnieje, nigdy, nigdzie. To tylko wymysł władzy pozwalający kontrolować obywateli – przecież jakby premier wydał obwieszczenie, że śmieci należy segregować, a na trawniku nie wolno grać w piłkę, to każdy by się tylko w głowę popukał. A jak to obwieszcza „zarząd wspólnoty”, to każdy ma poczucie że jest jakaś wspólnota, do której on jako lokator należy, więc to tak jakby on sam był autorem tych zaleceń – no to się podporządkowuje, to przecież co innego, niż dać sobą kierować jakiemuś dupkowi gdzieś na wysokim stołku. I to działa.

Biegnę. Mijam dzieci urządzające sobie zawody łyżwiarskie. W środku lata. Ślizgają się na psim gównie na chodnikach. Inne tarzają się w górach ulotek, jakby to były zgrabione z podwórka liście. Czasem któreś przez nieuwagę wturla się na tor „łyżwiarski” i potem nikt się nie chce z nim bawić. Życie stolicy rozkwita, na ławce jakiś dres uczy dwumiesięcznego syna przeklinać. Pierwszym słowem, które ten dzieciak powie, na pewno nie będzie mama. Choć, jakby to głębiej rozważyć, być może w pewnym sensie będzie.

Wbiegłszy na Plac Zbawiciela, niezamierzenie dołączyłem do startujących spod tęczy uczestników biegu na orientację seksualną. Była to całkiem udana gra miejska (gra wstępna odbyła się na przedmieściach). Organizatorzy słusznie uznali, że skoro obecnie każdy może sobie wybrać jakiej chce być płci, należy obywateli zapoznać z szerokim wachlarzem możliwości, rozwijając w nich jednocześnie sportowego ducha ucieczki przed marszem narodowców. Narodowcy jednak okazali się cwani i zamiast urządzać marsz rozstawili snajperów na wieżach kościołów. Na szczęście niewielu uczestników biegu ucierpiało, ponieważ strzelcy za każdym razem celowali za mocno w prawo i nijak nie potrafili tego skorygować.

Zacząłem się męczyć. Uznałem, że konwencjonalny sposób przemieszczania się jest bez sensu, przecież jestem całkiem zmyślony. Wskoczyłem w refren piosenki lecącej z radia w mijanej właśnie knajpie i uniosłem się wraz z nim ponad dachy budynków. Niestety był to kawałek zespołu feel, więc nagle było już ciemno, ale wszystko jedno, a ja poczułem się swobodnie i byłem przy nim, nie cholera, nie! Szybko przeskoczyłem w dźwięki cienkiego techno płynące z okna na czwartym piętrze. Przetelepało mnie jak na rolkach po kostce bauma, ale udało mi się przebyć całkiem spory kawałek. Spokojnie spłynąłem na ziemię przy dźwiękach „Spadam” Comy,  tuż koło postoju taksówek. Skinąłem głową do taksówkarza puszczającego Comę, ale był w śpiączce. Wsiadłem więc do drugiej taksówki i krzyknąłem „Za tym szafrokiem!”.

Taksówkarz ruszył. Po chwili wrzucił dwójkę. Ponieważ automat nie wydawał reszty,  oddałem temu miłemu człowiekowi pięćdziesiąt groszy i upiłem łyk zimnej coli z puszki. Ten sprytny ciąg skojarzeń pozwolił nam przenieść się o pięć przecznic – do najbliższego automatu z napojami – w zaledwie trzydzieści sekund.

Szlafrok był jednak nadal daleko przede mną. Podjąłem bieg, zastanawiając się jakich jeszcze sztuczek mogę użyć, aby zmniejszyć dystans. Przyspieszyłem, skoczyłem w górę, odbiłem się czkawką pijakowi szczającemu pod murkiem i siłą tego odbicia poszybowałem w okno na drugim piętrze. Lądując zrobiłem przewrót (przez bark), następnie zamach (stanu) i siłą tego zamachu, w stanie wskazującym Nowy Meksyk, prześlizgując się po tytułach książek w domowych biblioteczkach wyskoczyłem z okna pokoju na poddaszu tuż za płynącym w powietrzu szlafrokiem. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem pasek od szlafroka. Niestety wysunął się ze szlufek i teraz spadałem wraz z nim, mając przed sobą oddalające się magiczne ptaszki z moim szlafrokiem, pod sobą zaś Warszawę. Wylądowałem miękko na snujących się nad ziemią marzeniach i nadziejach słoików, otrzepałem się z marazmu i oczekiwań rodziców i ruszyłem w pościg.

niedziela, 8 czerwca 2014

Wybierz ckliwy cytat a'la Coelho i wyobraź go sobie w tym miejscu. Powinien zawierać słowo "tymczasem".

Obudziło mnie, oczywiście, wściekłe ujadanie otyłego psa. Zwlokłem się z wyrka, podniosłem się z podłogi... znów podniosłem się z podłogi i chwiejnym krokiem wszedłem do kuchni. Pstryknąłem czajnik, popatrzyłem tępo na lodówkę i – uznając że jeszcze nie czas na jedzenie – zapaliłem papierosa.

Miałem dziś coś zrobić, chyba – w każdym razie taka myśl obijała się o ściany mojej pustej czaszki. Ale co właściwie? I dlaczego dzisiaj? Nakarmiłem kota i zająłem się celebracją chwili. Tego momentu, kiedy obserwując toczącą się w twojej głowie walkę kaca ze zmęczeniem, zdajesz sobie sprawę, że nic tego dnia nie zrobisz.

Kawa! Właściwie to trochę placebo, ale działa. Mogłoby tam nie być kofeiny, mogłaby nawet być pełna środków nasennych – ale dopóki wygląda i smakuje jak kawa będzie moją codzienną przepustką do świata żywych. To dlatego, że jako postać fikcyjna piję fikcyjną kawę – wraz z każdym łykiem napoju mój organizm wypełnia mit, platońska idea kawy, czysta energia. Trzysta procent mocy, full mana, ready for the mission... może coś dziś się jednak uda zrobić.

Damska bielizna. Kolejny łyk kawy pomógł mi ostatecznie skupić wzrok i myśli. Zacząłem układać plan dnia, listę rzeczy do zro... zaraz... damska bielizna?

Z oparcia krzesła zwisały swobodnie czerwone koronkowe majtki. Odmaszerowałem do sypialni. W łóżku nie zarejestrowałem śladów życia większych niż roztocza. Może jest w łazience? Nie. Wyszła bez majtek... i bez pożegnania? Sprawdziłem drzwi wejściowe, zamknięte od środka. Cholera. Już miałem nadzieję, że wczoraj w klubie kogoś poznałem. A to znowu tylko sen.

Wiecie, jestem postacią fikcyjną, więc osnowa rzeczywistości wokół mnie jest godna zaufania jak parówka z Biedronki. Jeśli przez dłuższy czas nie spotykam się z żadną kobietą zaczynam śnić o seksie, a przez te sny w moim mieszkaniu materializuje się damska bielizna. Zwykle dość gustowna, zawsze nieświeża. Niestety właścicielki bielizny pozostają w sferze marzeń sennych.

Spróbowałem przypomnieć sobie sen. Nic z tego. Westchnąłem, zgarnąłem majtki z krzesła i poczłapałem do łazienki. Sytuacja ma pewien plus – wrzucone do pralki elementy damskiej garderoby dematerializują się, jakby zostały pożarte – a w zamian pralka oddaje skarpetki – i to nie tylko te, które skradła mi wcześniej.

Wchodząc do łazienki zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Czegoś brakowało... gdzie jest mój szlafrok?! Nigdy nie zostawiałem go w innym miejscu niż na haku na drzwiach, a teraz go tu nie ma. Mój puchaty niebieski szlafrok zniknął!

Dobra, spokojnie. Wykluczmy niemożliwe, zobaczmy co zostanie... w domu nie czai się ninja-zabójca ubrany w mój szlafrok - kot by go wyczuł. Ostatnio ten szlafrok prałem, więc mało prawdopodobne że sam wyszedł. Być może skonfiskowało go CIA na okoliczność odkrycia tajnych informacji zapisanych we włóknach... ale jak go ostatnio czytałem to zawierał tylko drugą, nieopublikowaną część apokalipsy świętego Jana. Hmm... Cóż, pozostaje jedna możliwość. Skradły go magiczne ptaszki z równoległej rzeczywistości.

Pobiegłem do przedpokoju. No tak, okno otwarte, na wystającym z framugi gwoździu zaczepił się niebieski strzęp. Za oknem, na tle fabrycznego smogu mój szlafrok ulatywał beztrosko w stronę wschodzącego słońca, niesiony przez cztery małe, kolorowe ptaszki.

Wskoczyłem w spodnie, żeby nie biec przez miasto w samych bokserkach i pognałem za nimi...
(O tym co było dalej – już niedługo.)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Intro (teraz słyszycie klimatyczną muzyczkę...)

Cześć.

Pewnie mnie nie znasz, albo znasz zbyt dobrze zbyt wielu takich jak ja - szarych ludzi, niskopoziomowe boty w FPSie Twojego życia. Czasami zastanawiasz się, czy znikają kiedy tracisz ich z oczu, albo czy zdarza im się zawiesić i maszerować w miejscu usiłując wejść w ścianę. Tak, zdarza się.

Ty pewnie jesteś młodym, dobrze wykształconym hipsterem. Pijesz tylko wegańską kawę z chowu ściółkowego, pokarm przyjmujesz przez wrzucenie zdjęcia na instagrama, a restauracje, w których jadasz, muszą mieć w nazwie grę słów, najlepiej dwie.
Słuchasz winyli cienkich i okrągłych jak kółka w Twoim holenderskim ostrym kole,
dyskutujesz o książkach, których nikt nigdy nie przeczyta i palisz cienkie mentole.
A ja?

A ja nie.
Ja jestem całkowicie zmyślony.
Jestem podmiotem lirycznym nienapisanego wiersza kiepskiego poety, zanurzonym po łokcie w prozie życia. Niestety, bycie podmiotem lirycznym niesie ze sobą szereg ograniczeń, zasadniczo w formie braków. Ponieważ wiersz nie został nigdy napisany nie mógł być zinterpretowany przez legion nadgorliwych polonistek, które określiłyby na jego podstawie mój wiek, status społeczny, stan umysłu, stan zdrowia, poziom satysfakcji z życia seksualnego... nie powstały też żadne ilustracje, które definiowałyby mój wygląd. W związku z tym: nie mam - nie mam wyglądu, nie mam na imię, nie mam na spłatę kredytu, nie mam nadziei na lepsze jutro, nie mam czasu, nie ma mnie w domu.
Co mam?
Czteropak w lodówce, stówkę w portfelu, stałą pracę w perspektywie, niedopałki na parapecie, deadline na karku, montaż regału na słowo honoru. Zepsutą mikrofalę w kuchni i opinię w środowisku. Kota, kaktus w doniczce, kolekcję kapsli po piwie i numerów do kobiet które nie odbierają telefonów. Kostkę bauma na skwerku pod oknem i niepełnosprawną sąsiadkę z otyłym psem. To jest ten moment, kiedy mógłbyś zanucić "mam tak samo jak ty...", tyle że nie masz.

Ponieważ jestem zmyślony więcej napiszę jak się wymyśli.