niedziela, 6 lipca 2014

Do grzech razy sztuka (albo inny tytuł, wymyślcie sobie)

Dotarłem na przedmieścia. Na niebie, którego nie przesłaniały tu wielopiętrowe wieżowce, dokładnie widziałem mój cel – mój puchaty niebieski szlafrok uprowadzony przez magiczne ptaszki z równoległej rzeczywistości. Niestety, wraz z wieżowcami zniknęły też szerokie i proste miejskie arterie – wbiegłem w osiedle domków jednorodzinnych, pocięte wąskimi i krótkimi, pociągniętymi pod absolutnie losowym kątem uliczkami o nazwach w stylu „Ulica Pieczarkowa”, „ulica Listopadowa”, „Zeszłej Środy”, „Podwieczorku”...
No i się zgubiłem. Biegłem akurat ulicą Kiszonoogórkową i powinienem skręcić w lewo. Niestety w lewo odchodziły kolejno: Mleczna, Jogurtowa i Kefirowa, a brązowe plamy na skrzyżowaniach budziły moje obawy – problemy żołądkowe mogły zniweczyć cały pościg. Skręciłem w końcu bezpiecznie w Kiszonokapuścianą, minąłem Zaułek Zgagi i wypadłem na szeroką Aleję Poobiedniej Drzemki. Niestety w międzyczasie spuściłem na chwilę z oczu mój szlafrok, a kiedy wreszcie dostrzegłem go na tle chmur, był już bardzo daleko.

I wtedy dotarło do mnie, że, nie licząc wstępu, przeżywam właśnie trzeci odcinek moich przygód. No i wszystko jasne. Wiecie, znam się na opowiadaniu historii – zawsze musi nadejść ten moment. Dokładnie tak samo jest na wyjeździe w góry...
Pierwszy dzień to entuzjazm podlany niepewnością – czy pogoda dopisze, czy spakowałeś wszystko czego możesz potrzebować, czy poznasz jakichś ciekawych ludzi. Drugi dzień to ekscytacja, pogoń za przygodą, poczucie, że dokładnie tego ci było trzeba – dając się ponieść euforii wykańczasz swój organizm całodniową wycieczką na najwyższą możliwą górę, a wieczorem upijasz się w gronie nowych znajomych... I nadchodzi dzień trzeci. Kac, zmęczenie, ból mięśni. To właśnie tego dnia, kiedy już postanowisz wstać z łóżka, orientujesz się, że nie wziąłeś z domu ładowarki do telefonu, zapomniałeś przed wyjazdem odpisać na ważnego maila, a kiedy postanowisz wziąć prysznic – że w schronisku skończyła się ciepła woda. Papierosy też ci się skończyły – a przecież przyjechałeś w piątek, więc akurat jest niedziela, najbliższy otwarty sklep jest jutro.

Kryzys. Trzeci dzień wyjazdu, trzeci odcinek historii, trzech synów matka miała, trzy razy się mnie wyprzesz... wiecie, nic dobrego. Ledwie to do mnie dotarło, poczułem z całą mocą beznadzieję mojej sytuacji. Usiałem na krawężniku, ukryłem twarz w dłoniach. To bez sensu. Mogę tak biec w nieskończoność i nic z tego nie wynika. Co robić, co robić? A może zrezygnować? Przecież nie mam szans, nie dogonię ich. Wrócę do domu, kupię nowy szlafrok, może nawet bardziej niebieski i puchaty... Nie,  przecież nie mogę mu tego zrobić. Komukolwiek, ale nie mojemu szlafrokowi. Nie temu jedynemu przyjacielowi, który był przy mnie, gdy w mroźny styczniowy poranek w całym bloku jebło ogrzewanie, a ja akurat wychodziłem z wanny. Nie, jego muszę ratować. Wiem, że on zrobiłby to dla mnie. Ale jak mam mu pomóc? Spadałem coraz głębiej w czarną otchłań rozpaczy...

Otrzeźwił mnie widok dna. Znaczy, tej otchłani. Otchłań rozpaczy, jak każda otchłań, ma dno. Nie słuchajcie motywacyjnych szarlatanów, którzy wam mówią, że czasem trzeba upaść na samo dno, żeby się odbić. Na to dno, najeżone długimi rdzawymi kolcami, można się najwyżej nabić. Nikt, kto go dosięgnie, nie uniesie się z powrotem w stronę powierzchni. A ja zmierzałem wprost na kolce.
Lecąc minąłem jakiegoś nastolatka, który wspinał się w górę po nierównej skalnej ścianie. Pewnie rzuciła go dziewczyna, dziewczyny zwykle nie rzucają zbyt mocno, więc rzucony leci powoli i zazwyczaj ma możliwość chwycić jakiś korzeń, czy skalny wypustek – i rozpocząć powrót na powierzchnię. Na nieco szerszej skalnej półce siedziało dwóch facetów. Jednego żona wyrzuciła z domu za pijaństwo, na szczęście mieszkał na parterze. Drugi wyleciał z pracy. Pracował na dwunastym piętrze i zdążył się już zdrowo rozpędzić, gdy na dokładkę żona wyrzuciła go z domu. To było jak odpalenie hipernapędu. Na całe szczęście ten pierwszy, pijak, złapawszy się uprzednio korzenia zdołał chwycić go, lecącego w dół niczym pocisk, za nogawkę - więc jedyną szkodą jakiej doznał było solidne wyrżnięcie w ścianę. Siedzieli teraz i zbierali siły do powrotu na górę.
Co jakiś czas mijałem szybujące w powietrzu ulotki i wizytówki różnorakich poradni, psychologów, ludzi, którzy bardzo chcieli pomóc innym wyjść z otchłani. Trudno się wspiąć na ulotce, toteż co bardziej rozgarnięci po prostu zrzucali liny. Niestety byłem zbyt daleko od ściany, żeby móc którąś z nich chwycić. Nad samym dnem, w małej jaskini wydrążonej w ścianie, siedziała grupka emo. Wyglądali jak kuzyni golluma, przygarbieni, poskręcani; co jakiś czas któryś z nich wyciągał rękę w stronę straszliwych kolców i nakłuwał sobie palec, po czym wracał do swojego kąta.
Byłem już blisko. Za chwilę rozerwą mnie na strzępy kolce na dnie otchłani rozpaczy. To tutaj, to koniec, nie będzie więcej przygód, nie będzie więcej słów, nie będzie więcej śniadań, nie będzie pryszniców, aktualizacji systemu, zawalonych deadline'ów, uśmiechów w kawiarni, spacerów nad Wisłą, piw, wódek i win, które zostaną mi odpuszczone jeśli tylko wyznam żal... Nigdy nie wierzyłem w żadnego boga, ale co mi tam, zawsze to jakaś szansa kiedy nie pozostaje już nic innego. Dowolny boże - jeśli istniejesz, wybacz mi to, co uważasz za niestosowne, spośród rzeczy, które w życiu zrobiłem i przyjmij mnie do swojego królestwa, albo chociaż do przedpokoju. To chyba tyle, jestem gotów. Zacisnąłem zęby. Zacisnąłem pięści.

I poczułem w dłoni puszysty materiał.
Przez cały ten czas ściskałem w ręku pasek od mojego szlafroka, który zdołałem złapać pod koniec poprzedniego odcinka. Zapomniałem o nim zupełnie, biegając po osiedlowych uliczkach – a teraz mógł mi uratować życie. Zrobiłem pętlę na jednym końcu i zarzuciłem ją na występ skalny. Udało się. Szarpnęło mną i uderzyłem o ścianę otchłani wisząc na pasku. Zacząłem się wspinać. Już prawie dosięgałem ręką krawędzi skalnej półki, gdy kamień, na którym zahaczyłem pasek, wyrwał się ze ściany i poleciał w dół. Czyli jednak koniec.
Kolejne silne szarpnięcie i uderzenie o ścianę. Spojrzenie w górę. Jakaś dłoń trzymająca drugi koniec paska. Jakiś głos.
- no szybciej, długo cię nie utrzymam.
Wlazłem po linie i wciągnąłem się na skalną półkę. Moim oczom ukazały się buty. Podniosłem wzrok. Powyżej była cała reszta całkiem zgrabnej dziewczyny.
- Co tu robisz? Nie wyglądasz na zrozpaczonego... - spojrzała na trzymany w ręku pasek od szlafroka – chyba nie próbowałeś się na tym powiesić?!
Zrobiło mi się strasznie głupio. Ludzie trafiali tutaj z naprawdę poważnych powodów, z impetem opuszczając orbitę normalnego życia. Spadali, kiedy już nic nie trzymało ich na powierzchni, tymczasem ja...
- Trafiłem tu przypadkiem. Wlazłem w kryzys dnia trzeciego, nie wiedziałem jak wyjść, no i zacząłem spadać – odparłem, wstając i otrzepując spodnie.
W myślach przeklinałem własną głupotę, bierność. Przecież, kiedy już się zorientowałem, że spadam, mogłem się czegoś złapać, mogłem wyhamować. Zamiast tego leciałem, jak zwykle uznając, że jakoś to będzie, że zobaczymy co dalej. W związku z tym kiedy ujrzałem dno byłem już porządnie rozpędzony.
Przyjrzałem się mojej ratowniczce. Czarne, kręcone włosy, blada cera, mocno zarysowane kości policzkowe, zmęczone oczy...
- A ty? Co tu robisz? - rzuciłem.
- Żyję.
- …?
- Wpadłam kiedyś, udało mi się uniknąć spotkania z dnem, ale nie mogę wyjść.
- Ale jak to? Dlaczego?
- Myślisz, że wiem? Siedzę tu od lat. Mam linę, mam nawet hak, mam buty do wspinaczki, mam masę pomocnych rzeczy, które dostałam od życzliwych ludzi, tych lecących w dół i tych pnących się w górę. Tych, którzy wiedzieli, że nie będą już nic potrzebować i tych, którzy stwierdzili że potrafią poradzić sobie z wspinaczką bez sprzętu. Tylko co z tego, że to mam, skoro ilekroć próbowałam – nie mogłam wyjść? Wiesz, wspinałam się do pewnego momentu, planowałam następny krok, wiedziałam gdzie, na który korzeń czy kawałek skały zarzucę linę, a kiedy patrzyłam tam znów – tego miejsca nie było. Była gładka ściana.
- Och...
- Przyzwyczaiłam się. Znaczy... no bo co innego miałam zrobić? Ci na powierzchni twierdzą że to jakieś zaburzenia i wrzucają czasem w otchłań tabletki, które podobno mogą mi pomóc. Nie wiem, żadnej nie udało mi się złapać.
Słuchając dziewczyny przypatrywałem się ścianom otchłani rozpaczy. Doskonale widziałem moją drogę na górę, kolejne skalne zagłębienia i wypustki, na których będę mógł oprzeć ręce i nogi. Nie wyglądało to łatwo, ale było wykonalne. Dlaczego więc ona nie może... Znów skarciłem się w myślach za głupotę. Przecież ściany otchłani rozpaczy mogą dla każdego wyglądać inaczej. Ja spadałem z błahego powodu, właściwie przypadkiem. Nic dziwnego, że nie widzę problemu z wyjściem. Jej sytuacja jest znacznie trudniejsza.
Popatrzyłem w górę. Na całej ścianie pełno było skalnych półek i jaskiń. Jeśli ich mieszkańcy również potrzebowali zrzucanych tu z góry tabletek, to nic dziwnego, że żadna nie dotarła tutaj.
Ale może uda mi się to zmienić.
- Mogę pożyczyć od Ciebie linę? Mój pasek od szlafroka może okazać się zbyt krótki.
- Weź ją sobie, mi się nie przyda.
- Poczekaj.
Zaopatrzony w linę wspiąłem się do najbliższej zamieszkanej wnęki. Potrzebowałem liny, bo nie wiedziałem, czy uda mi się zejść tą samą drogą. Nie chodzi nawet o trudność wspinaczki. Te miejsca, w których stawiałem stopy, te kamienie, które chwytałem, mogły, kiedy już wspiąłem się ponad nie – po prostu zniknąć. Kiedy tylko postawiłem stopy na płaskiej podłodze jaskini, wiedziałem że dobrze trafiłem. Mieszkający tam mężczyzna zapamiętale tłukł kilofem w skałę, co jakiś czas sięgając  do sporej skrzynki po garść różnokolorowych tabletek. Widząc mnie przerwał robotę.
- Nie spodziewałem się gości... Dzień dobry!
- Dobry. Co tu robisz z tym kilofem?
- Wykuwam schody. Bo widzisz, ja mam tabletki, ja dzięki nim już całkiem umiem stąd wyjść, ale co z innymi? Ja postanowiłem pomóc innym. Dlatego żeby nie musieli szukać drogi i mozolnie się wspinać ja postanowiłem wykuć w ścianie schody. Dzięki mnie każdy będzie mógł się wydostać z otchłani rozpaczy.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie mogłem przecież uświadomić mu, że wykuwa te schody na darmo, że poza nim nikt ich nie zobaczy. Zrozumiałem, że wcale nie umiał stąd wyjść, że tylko powtarzał to sobie, a za budowanie schodów zabrał się, żeby usprawiedliwić niepodejmowanie kolejnych prób wydostania się na powierzchnię. Ale skoro tak – może nie potrzebuje tych wszystkich tabletek? Zgromadził ich przecież całkiem dużo. I może chcieć mi pomóc.
- Mogę Cię o coś prosić? Potrzebuję pomocy...
- Pomocy? Jasne, ja mogę ci pomóc. Powiedz jak.

Chwilę później zjeżdżałem na linie w stronę mieszania dziewczyny. Od wykuwacza schodów dostałem nie tylko zapas tabletek, ale i porządny skórzany płaszcz z dużymi kieszeniami (bo, jak zapewne pamiętacie, z mieszkania wybiegłem jedynie w spodniach – a kieszenie jeansów nie są zbyt pojemne). Zostawiłem jej tabletki, wiedząc, że dzięki nim za jakiś czas sama będzie w stanie dostać się do wnęki wykuwacza. A stamtąd dalej, wyżej - na powierzchnię. Poradzi sobie. A ja musiałem już ruszać.
Wspinaczka nie była łatwa. Linę zostawiłem dziewczynie, ale nadal miałem swój pasek od szlafroka. Zarzucając go na kolejne skały piąłem się w górę, aż do krawędzi otchłani. Wygramoliłem się na asfalt i znów siedziałem na krawężniku, w Alei Poobiedniej Drzemki na osiedlu Partyzantów z Wyciętego Lasu. Ale teraz wiedziałem co robić. Miałem w rękach magiczny artefakt.
Potrzebowałem jeszcze tylko motywu. Tak jest - kiedy stworzysz dzieło potrzebujesz inspiracji, bo zawsze jakiś kretyn zaczyna zadawać pytania. Kiedy popełnisz zbrodnię z tego samego powodu potrzebujesz motywu. W moim przypadku nie było zbrodni, więc motyw mógł być literacki. Spojrzałem w niebo. Nad osiedlem przelatywał akurat, gęgając cicho, klucz bezzałogowych amerykańskich dronów. Związałem pasek od szlafroka w lasso i zarzuciłem. Pasek rozciągnął się jakby był z gumy i schwytał drony. Wskoczyłem na nie i, sterując za pomocą zrobionej z paska uprzęży, pożeglowałem po niebie – w ślad za moim szlafrokiem porwanym przez magiczne ptaszki.

Wylecieliśmy z terenów zamieszkanych, lecieliśmy nad polami. Dzięki szybkim dronom zbliżyłem się znacznie do porywaczy. Właściwie mógłbym ich doścignąć i odebrać moją własność. Tyle że nie chciałem. Zdałem sobie sprawę że jestem szalenie ciekaw, do czego magicznym ptaszkom potrzebny jest szlafrok. Leciałem więc za nimi, nie zmniejszając dystansu. Pola pod nami zmieniły się w łąki, przed nami pojawił się las, ptaszki zniżyły lot, kierując się ku ścianie drzew - ciągnąc za uprząż skierowałem drony w tą samą stronę. Ptaszki leciały tu nad ziemią, wyglądało na to, że zamierzają wlecieć między drzewa. Leciałem za nimi. Ptaszki, wraz z moim szlafrokiem, zniknęły.

No tak, tu musi być portal do równoległego świata. Odwiązałem uprząż i zeskoczyłem z dronów, które natychmiast odleciały w swoją stronę. Boso, w samych jeansach i skórzanym płaszczu, z przerzuconym przez ramię paskiem od szlafroka, ruszyłem na spotkanie zupełnie innej rzeczywistości. Przekroczyłem portal...